HomeGalerieRelacjeRoznosci
Zaczyna świtać kiedy zarzucam ciężkawy plecak (namiot, śpiwór i jedzenie na dwa dni swoje ważą) i udaję się na dworzec kolejowy San Pedro w Cuzco. Pomimo wczesnej pory stacja wypełniona jest po brzegi pstrokatym tłumem. Turyści z kolorowymi, wypchanymi do granic możliwości plecakami i kolorowo ubrani tubylcy z wszelakiego rodzaju pakunkami wypchanymi rożnego rodzaju dobrem. Druga klasa pociągu do Quillabamba jest tak zatłoczona, że z trudem udaje mi się znaleźć wolny kąt. Wciskam plecak pomiędzy siedzenia i sadowiąc się na nim z zainteresowaniem obserwuję gorączkowo krzątających się dookoła mnie ludzi. Już w kilka minut po odjeździe w wagonie pojawiają się, głośno oznajmiając swoje przybycie, sprzedawcy śniadaniowych przysmaków i nieodzownej herbaty z liści coca. Z podziwem i lekkim zaniepokojeniem przyglądam się ich zręcznym manewrom czajnikami z wrzątkiem, tuż nad głowami pasażerów. Parę kubków herbaty umila znacznie ponad 3 godzinną podróż.

Nie będąc do końca pewien czy to prawidłowy przystanek, ponaglany wesołymi okrzykami współpasażerów, wyskakuję z pociągu. Pociąg zatrzymuje się tu tylko na kilka sekund, trzeba się śpieszyć-uświadamiają mnie. Z ulgą zauważam rozciągniętą wzdłuż torów grupkę ludzi z plecakami. To jednak tutaj- "88 kilometr" - najpopularniejsze miejsce startu "Szlaku Inków". Po uiszczeniu 17 dolarów opłaty przechodzę mostem na drugą stronę rzeki Urubamba, gdzie zaczyna się pierwszy odcinek (około 7 km), prowadzący do wioski Huayllabamba (2750 m. npm). Po osiągnięciu wioski szlak skręca ostro w prawo gdzie trzeba zmierzyć się z długim, ostrym podejściem południowym brzegiem rzeki Llullucha. Przygnieciony plecakiem, pocąc się jak cholera powoli nabieram wysokości. Całe szczęście, że spore odcinki trasy prowadzą lasem gdyż upał nieznośny. Zaczyna się ściemniać gdy moim oczom ukazuje się wylot trawiastej doliny i (niestety) sporego (około 30) miasteczka namiotów. Na mój widok podrywa się tragarz z kubkiem herbaty, traci jednak zainteresowanie mną dość szybko widząc mój plecak i wnioskując słusznie, że nie jestem partią jego "zorganizowanej grupy" ("zorganizowani" nie muszą trudzić się targaniem własnych gratów). Rozbijam namiot jakieś 200 metrów powyżej namiotowej "osady", w miejscu skąd mam doskonały widok na górne piętro doliny i zamykającą go, ginącą teraz w mgłach przełęcz Warmiwanusca (4198 m. npm).

Budzę się drżąc z zimna. Na zewnątrz szary i mglisty poranek. Temperatura spadła w nocy chyba poniżej zera. Wmuszam w siebie kawałek chleba i dziwnie wyglądającego, ale całkiem przyzwoitego w smaku sera, który kupiłem na bazarze w Cuzco. Po godzinie szybkiego marszu wychodzę wreszcie ponad mgły. Cudowny widok. Wypełniona mgłą dolina otoczona wysokimi (około 6 000 metrów), ośnieżonymi szczytami. Jeszcze jedna godzina i osiągam przełęcz Warmiwanusca, najwyżej położony punkt "Szlaku Inków". Teraz już tylko w dół... no nie zupełnie.

Po długim i nudnym zejściu w dolinę i przekroczeniu rzeki wspinam się na drugą przełęcz (3998 m.npm), zatrzymując się po drodze przy owalnych ruinach Runturacay. Tuż pod przełęczą dogania i mija mnie karawana tragarzy. Wielkość i (prawdo podobnie) ciężar pakunków na ich plecach budzą podziw. Po przekroczeniu przełęczy i "lunchu" złożonego z bananów i wody schodzę do kolejnych ruin-Sayacmarca. Zatrzymuję się tu na dłuższą chwilę podziwiając lokalizację tego miejsca i kunszt budowlany jego twórców.
Przekraczam rzekę Rio Aobamba i lasem wędruję w kierunku ostatniej "wysokiej" przełęczy (3700 m.npm) i ruin Phuyupatamarca. Zejście z przełęczy to makabryczne "Schody Inków", setki kamiennych stopni po pokonaniu których najtwardsi konczą z trzęsawką kolan. Na gumowych kończynach dowlekam się do schroniska, przy którym mam zamiar spędzić drugą noc. Widok jak poprzedniego wieczoru, wszędzie namioty, udaje mi się "zdobyć" jedno z ostatnich miejsc-prawie w krzakach. Po rozbiciu namiotu idę rozejrzeć się po pobliskich (jakieś 500 metrów) ruinach Huinay Huayna. Wstaję bardzo wcześnie. Około dwóch godzin zajmuje mi dojście do tzw. Bramy Słońca (Intipunku) skąd po raz pierwszy można ujrzeć, położone w dole - "zaginione miasto Inków"-Machu Picchu. Z przełęczy już tylko około godziny marszu wygodną ścieżką. Cały czas wspaniały widok na Machu.

Z wyjątkiem niewielu tubylców nikt nie wiedział o istnieniu tego miejsca aż do 24 lipca 1911 roku, kiedy to historyk Hiram Bingham przypadkiem tu dotarł. Pomimo wielu ekspedycji i intensywnych prac wykopaliskowych wiedza o Machu Picchu jest po dziś dzień raczej znikoma. Kunszt budowlany i ilość ozdobnych ornamentów wskazuje na to, że miejsce to było ważnym ośrodkiem kultowym. Na lewo od placu centralnego leżą najważniejsze i najbardziej interesujące budowle. Warto wspiąć się długimi schodami do "Hut of the Caretaker" skąd roztaczają się dech zapierające widoki. Zaraz obok można znaleźć najważniejszą świątynię miasta Inków-"Intinuatana". Rzeźbiony kamień na jej wierzchołku używany był przez kapłanów do określania pór roku. Wszystkim pokonującym "szlak" polecam dotarcie do Machu jak najwcześniejszą porą, przed autokarowym tłumem, który szybko zamienia to dostojne miejsce w jarmark.

Po obejrzeniu wszystkiego co ciekawe włóczę się jeszcze przez godzinę starając się nastroić do mistycyzmu tego miejsca, jednak szybko przeganiają mnie, dowożone przez autokary, stada zwiedzających. Strzelam kilka standartowych "szotów", w tym jedno niecodzienne ze znudzoną, ledwo dostrzegającą mnie lamą na pierwszym planie. Krętą, leśną drogą, krztusząc się w chmurach spalin mijających mnie autobusów udaję się do położonej 700 m poniżej Machu Pichu stacji Puenta Ruinas.

Na stacji ruch przeogromny. Kramy, handlarze, pamiątki i.... ogromna kolejka po bilety, w której utkwiłem na dwie godziny.


















HomeKontaktKsiazka GosciGora Strony